Pierwsze posty
zawsze są trudne, no nigdy nie wiadomo do czego zacząć, no i właśnie ja mam
taki problem. Nigdy nie wiem od czego zacząć, ale myślę, że podołam.
Byłam dzisiaj
w kinie, na filmie, który od samego początku podbudził moje emocje. Na początku
byłam nieco sceptycznie nastawiona, bo nie lubię filmów wojennych, i o tematyce
politycznej. Tutaj szczere ukłony dla Deana Wrighta, za tak dobrze oddany obraz
no i oczywiście, do przekonania mnie, i na pewno nie tylko mnie, do filmów o
takiej tematyce.
A chodzi o:
Tytuł:
Cristiada
Gatunek:
Dramat historyczny
Produkcja:
Meksyk
Reżyseria: Dean Wright
Scenariusz: Michael Love
Opis: Historia
bazująca na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w Meksyku, w latach
dwudziestych XX w. Kierowany przez prezydenta Plutarco Eliasa Callesa (Rubén
Blades) rząd dąży do uniezależnienia państwa od wpływów kościoła i religii.
Przeciwko restrykcyjnemu, antykatolickiemu prawu oraz krwawym rządom występują
chrystusowcy. Ta czteroletnia wojna, zwana La Cristiada, pochłania wiele
tysięcy ofiar. Film jest przedstawiony z punktu widzenia dowodzącego powstańczą
armią generała Enrique Gorostieta (Andy Garcia), weterana wynajętego przez
Narodową Ligę na rzecz Obrony Wolności Religijnej do walki z reżimem.
Dzięki muzyce
Jamesa Hornera emocje bijące z ekranu czuło się podwójnie, takie jest moje
odczucie. Płakałam od momentu, kiedy to zamordowano ojca Chrisophera, którego
to perfekcyjnie zagrał Peter O’Toole.
Moje
nastawienie do religii, które dotychczas było nijakie nabiera chyba jakiegoś
sensu i konkretnych kształtów. Meksykanie są narodem, który jest naprawdę
bardzo religijny, a oglądając ich historię związaną z religią chrześcijańską można
być pełnym podziwu.
Nie mogę
nadziwić się co do odwagi i dużego bohaterstwa Jose, który to w tak młodym
wieku poświęcił się całkowicie Bogu. Płakałam jak bóbr gdy umierał i z głębi
serca przyznał, że kocha Boga.
Polecam film
tym, którzy nie są pewni swoich uczuć co do wiary.
Ocena:
9/10
Jeden punkt
odejmuję za banalny koniec.
źródło: filmweb.pl